Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
O dziewiątej nie ma nas w domu

Barbara i Marian Józefczykowie w bloku nr 2 na os. Błękitnym mieszkają od czerwca 1968 roku. W poczet członków spółdzielni trafili ekspresowo dzięki temu, że miejsce w kolejce oczekujących na mieszkanie odstąpił im kolega z pracy, który sam zrezygnował.

Zaledwie po kilku miesiącach oczekiwania pani Barbara, w dawnym biurze spółdzielni przy ul. Brzegowej, wylosowała lokal na pierwszym piętrze. Jeszcze podczas budowy oboje zaglądali obejrzeć postęp prac. Kiedy się wprowadzili, zaczęło się urządzanie, wszystko własnym sumptem.

- Radość, bo wreszcie u siebie. Wcześniej mieszkaliśmy trochę u moich rodziców w Mysłowicach, trochę u teściowej w Dzierżoniowie – opowiada pan Marian, który w te strony przyjechał z Górnego Śląska, by jako czternastolatek rozpocząć naukę w klasie radiowej w Zespole Szkół Radiotechnicznych. Po skończeniu zawodówki kontynuował jeszcze edukację w technikum, ale jak sam mówi, nie miał głowy do nauki i nie dopuszczono go do matury. Wyznaje, że porwało go szaleństwo lat 60. i luzacki tryb życia. Jednocześnie pracował w Diorze, początkowo na montażu, później skierowano go do pracy w kontroli technicznej, gdzie został do końca istnienia zakładu – 1998 roku.

- Było mi bardzo żal. Jak wszyscy chyba diorowcy obserwowałem burzenie zakładu pod budowę marketu. Przemysł elektroniczny został położony przez naszych rządzących. Na półce w pokoju stoi wciąż działający diorowski sprzęt - seria 500, cały zestaw: wzmacniacz, tuner, magnetofon, odtwarzacz CD.

Pani Barbara do Dzierżoniowa przyjechała z rodzicami w 1950 roku z Tomaszowa Lubelskiego. Zamieszkali przy ul. Słowackiego, w pobliżu mieszkał pan Marian. Przyszłe małżeństwo poznało się jednak dopiero na obozie TTKF-u w Błotnicy pod namiotami, nagle nastąpiło olśnienie – przecież są sąsiadami!

Pani Basia ukończyła technikum włókiennicze w Bielawie, ale całe swoje życie zawodowe poświęciła Diorze – przez trzydzieści trzy lata pracowała na desce kreślarskiej. Bardzo lubiła swoją pracę, była dobrym fachowcem. Niestety, z powodu redukcji zatrudnienia dostała wypowiedzenie.

- Już pół roku wcześniej wiedziałam, że będę zwolniona. Atmosfera była bardzo gęsta, do tej pory jest mi bardzo przykro z powodu podejścia kolegów i koleżanek. Przez siedem lat byłam bezrobotna, nasza sytuacja materialna była bardzo trudna – mówi z żalem pani Basia.

Początkowo ze względu na niewielki metraż (35 m2) myśleli o zamianie mieszkania, ale później zrezygnowali, także z powodów finansowych. Kiedy dzieci wyfrunęły z gniazda, mieszkanie okazało się w zupełności wystarczające dla dwóch osób. - Wymyśliliśmy, że będziemy mieć w domu raj – śmieje się pan Marian. Ich syn ma na imię Adam, a córka – Ewa. Dziś dzieci wraz z rodzinami mieszkają w rodzinnych stronach ojca – w Mysłowicach na Górnym Śląsku. Z pierwotnych lokatorów w klatce zostało raptem pięć rodzin.

- Kiedyś żyliśmy jak jedna większa wioska, wspólne imieniny, urodziny. Życie towarzyskie kwitło. Dziś niektórych sąsiadów nawet nie znamy, ludzie przemykają się do swoich mieszkań – zauważa pan Marian. Przez te wszystkie lata dobrze im się tutaj mieszkało, choć PRL-owskie standardy wykończeń budowlanych (m. in. krzywe ściany) pozostawiały sporo do życzenia.

Marian Józefczyk przez wiele lat był działaczem, członkiem zarządu dzierżoniowskiego koła Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej. Już w latach 60. prowadził osiedlowe festyny dla dzieci i młodzieży. Na jednym z zachowanych czarno-białych zdjęć widać pana Mariana podczas festynu na os. Różanym, w pobliżu dzisiejszego placu zabaw "Aleja Bajkowych Gwiazd". Jedną z konkurencji był rzut do puszek, do którego ustawiła się kolejka dzieci. W latach 70. nawiązano współpracę ze Spółdzielnią Mieszkaniową, która trwa do dziś. Przez 30 lat co roku organizował letnie obozy pod namioty nad jeziorami – Lubrza, Błotnica, Pszczew. Pełnił na nich funkcję komendanta. Wcześniej robił rekonesans u miejscowych: szukał miejsca, załatwiał wodę, kuchnię polową z jednostki wojskowej – codziennie inna rodzina miała dyżur przy gotowaniu. Amatorów dzikiego obozowiska nie brakowało: co roku na cały miesiąc wyjeżdżało na nie około sześćdziesiąt osób. Tego typu biwakowanie było w utrzymaniu wręcz tańsze niż życie w domu.

Na emeryturze są bardzo aktywni. - Już o godzinie dziewiątej zazwyczaj nie ma nas w domu. Bez wględu na porę roku wsiadamy w samochód i jedziemy w góry – Kamionki, Rościszów, Srebrna Góra. Latem szukamy malin, poziomek, jeżyn, potem grzybów. Przez ostatnie trzy lata zbieramy owoce w ogrodzie Wojsławicach – dyrekcja w określonych porach pozwala bezpłatnie (płaci się tylko za bilet wstępu) zbierać tamtejsze czereśnie, gruszki, aronię, dereń, orzechy. Specjalnie podstawiają drabiny do drzew. Robimy z nich soki, przetwory, którymi później obdarowujemy dzieci. Zimą po prostu spacerujemy.

Na pożegnanie pani Basia pokazuje jeszcze wypielęgnowany własnoręcznie ogródek pod blokiem i wręcza mi słoiczek marynowanych prawdziwków.

AP
 

<< strona główna    04.02.2017, godz.12:06    odsłony(1309)
Dodaj do:   
WSPOMNIENIA Spółdzielców


 
czas generowania: 0,0266 s