Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
Każdy blok, każde drzewo...

Małżeństwo Aliny i Stanisława Poddębniaków mieszkania na os. Błękitnym 11 nie zamieniłoby na żadne inne miejsce na ziemi. - Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Oboje pochodzą z Kielecczyzny. We Wrocławiu, do którego przyjechali na początku lat 50. pani Alina ukończyła Liceum Pedagogiczne, a pan Stanisław – Technikum Budowy Wagonów. Dobrze pamiętają zrujnowaną po wojnie stolicę Dolnego Śląska.

- To było jedno wielkie gruzowisko, pozostały szkielety niektórych kamienic. Po lekcjach uczniowie obtłukiwali cegły z zaprawy i pakowali na samochody, które wiozły je do Warszawy – wspomina pan Stanisław. Po skończeniu szkoły średniej na specjalizacji odlewnictwo w 1956 roku otrzymał nakaz pracy w Dolnośląskiej Fabryce Krosien w Dzierżoniowie. Wraz z dwunastoma innymi pracownikami ściągniętymi tu z całej Polski zamieszkał w hotelu robotniczym w Kamionkach. Kilka miesięcy później został powołany do wojska. Po służbie wrócił do pracy w DFK, pomieszkiwał u kolegów. Wreszcie dostał pokój przy ul. Rzeźniczej, który dzielili wspólnie z kolegą. To właśnie dzięki dziewczynie tego kolegi poznał młodą nauczycielkę – panią Alinę, swoją przyszłą żonę. W 1961 roku para pobrała się i zamieszkała Domu Nauczycielstwa Polskiego przy ul. Daszyńskiego, wtedy jeszcze ul. Dubois.

- Dużo się wówczas budowało. Zakład pracy oferował pomoc finansową przy zakupie mieszkań spółdzielczych. Wkład własny opiewał wtedy na dwie pensje, więc mieszkania były dostępne dla młodych. W 1967 r. wraz z innymi rodzinami pracowników DFK zamieszkaliśmy w bloku nr 11 – wspomina pan Stanisław.

- Byliśmy szczęśliwi, diametralnie zmienił nam się komfort życia – ogrzewanie, łazienka. Takich warunków nie mieliśmy w poprzednim miejscu zamieszkania. Wprowadziliśmy się z synem, więc metraż w zupełności nam wystarczał – dodaje pani Alina.

Małżeństwo pamięta, że lokatorzy byli dla siebie bardzo serdeczni, wzajemnie sobie pomagali, dużo rozmawiali, czuło się więź. Raczej szybko udało się umeblować własne M – część sprzętów kompletowali już wcześniej, w oczekiwaniu na mieszkanie.

- Na rynku nie było wielkiego wyboru, wiadomo. Ale można było liczyć na nieoprocentowaną pożyczkę z zakładu pracy. Raty załatwiało się w sklepie, bez pośrednictwa banku, z niewielkim opodatkowaniem. Dorabialiśmy się od przysłowiowej łyżki. Największa radość, jak człowiek sam do czegoś dojdzie – uśmiecha się dziś małżeństwo, wspominając też pierwszego malucha na przedpłaty.

Na os. Błękitnym stały już wówczas bloki nr 7 i nr 9. Nie było jeszcze drogi, chodników, więc chodziło się po strasznym błocie. W kolejnych latach wybudowano sklep spożywczy, początkowo w pomieszczeniach z tyłu, gdzie dziś prowadzone są lokale usługowe – fryzjer, kosmetyczka, swoje biura miała Spółdzielnia Mieszkaniowa, potem powstała Szkoła Podstawowa nr 5, wznoszono następne budynki.

- To był koniec miasta, ale człowiek był młody i inaczej znosił trudy życia – zauważa pani Alina, która codziennie musiała dojść do pracy w Szkole Podstawowej nr 9, gdzie uczyła matematyki, po drodze zaprowadzając syna do przedszkola przy ul. Mickiewicza. Zaraz po przyjeździe do Dzierżoniowa pracowała w 11-latce przy ul. Garncarskiej, dawniej Hempla, potem przy ul. Szkolnej wybudowano „dziewiątkę”, podjęła tam pracę, skończyła studia.

- Jesteśmy zadowoleni z naszego mieszkania. Cicho tu i spokojnie. Od wielu lat żyjemy w nim we dwójkę, syn po studiach wyjechał do Legnicy, doczekaliśmy się trojga wnucząt. Od blisko pięćdziesięciu lat mieszkamy na tym osiedlu. Człowiek przyzwyczaił się do każdego budynku, każdego drzewa. Kiedy idę na targ, spotykam kolegów, rozmawiamy. Wyjeżdżając do Legnicy czy do sanatorium po powrocie stwierdzamy, że najlepiej czujemy się we własnym domu. W obcym mieście nikogo nie znamy, a kto dziś potrzebuje nawiązywać kontakty ze starszymi ludźmi? - pyta retorycznie pan Stanisław.

- Tutaj mamy znajomego lekarza, sąsiadów, którzy w razie czego na pewno pomogą – mówi pani Alina.

Choć z ludzi, którzy wprowadzili się tu w latach 60. zostało już niewiele rodzin. Pan Stanisław naliczył raptem 10 z 45 zamieszkujących budynek.

- Ale dziś ludzie mniej zauważają sąsiadów – przyznaje. - Większa obojętność, pośpiech, życie własnym życiem. Trochę szkoda...

 

<< strona główna    04.02.2017, godz.11:27    odsłony(615)
Dodaj do:   
WSPOMNIENIA Spółdzielców


 
czas generowania: 0,0053 s