Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
Przeprowadzka na sankach

Małżeństwo Zofia i Józef Idzi do bloku na os. Błękitnym 10, wówczas Nowe Miasto, wprowadzili się w styczniu 1970 roku. Wcześniej zamieszkiwali 11-metrowy pokoik przy ul. Podwalnej w Dzierżoniowie, z przechodnimi meblami, więc dobytku do przeprowadzki nie było zbyt wiele. Część przewieziono samochodem, a większe sprzęty – stół i pralkę, postanowili przewieźć na sankach.

 

- Do pralki włożyliśmy wszystkie nasze naczynia, nie było tego sporo. Niestety, w pewnym momencie sanki się przechyliły, pralka zsunęła się na ziemię i usłyszeliśmy brzęk tłuczonego szkła. Przetrwała tylko musztardówka – śmieje się dziś pani Zofia.

Na mieszkanie czekali trzy lata. Zapisanie się w poczet członków spółdzielni stanowiło wówczas dla młodych małżeństw często jedyną możliwość kupna własnego M. Poniemieckie kamienice były już zamieszkane, reprezentowały też różny standard.

- Strasznie się cieszyliśmy! Wkład mieszkaniowy wnieśliśmy w 1967 roku, później trzeba było tylko dopłacić 1000 zł (miesięczną pensję) za okno w kuchni… Urządzaliśmy się powoli, wiele wyposażenia pomogła nam załatwić moja koleżanka z pracy - meble, dywany, firanki. W sklepach niczego nie było, takie czasy. Wszystko było dobrze, oprócz strasznych problemów z wodą. Urodził nam się syn, wodę trzeba było nosić na czwarte piętro z piwnicy albo łapać ją w nocy, co nie raz, nie dwa doprowadziło do zalania sąsiada… Wszędzie zawsze stało pełno garnków z wodą „na zapas”. Najgorsze było pranie… - wspomina małżeństwo.

Ale atmosfera była wspaniała, rodzinna – żadnych kłótni sąsiedzkich, wręcz przeciwnie, każdy był chętny do pomocy drugiemu, zaopiekowania się w razie potrzeby dzieckiem, ludzie byli wyrozumiali na hałasy – remonty czy gwar rozmów. Często się odwiedzali, wspólnie świętowali imieniny. Kiedyś w budynku były dwa przejścia – dziś zagospodarowane na zakład fryzjerski i krawiecki.

                          

Małżonkowie znają się od szkoły podstawowej - pani Zofia pochodzi z Młynicy, pan Józef – ze Słupic, gdzie wraz z rodziną dotarli po wojnie z Kresów (dziś działa w dzierżoniowskim Stowarzyszeniu Kresowian). Potem wspólnie dojeżdżali autobusem do pracy do Dzierżoniowa, poszli razem na wesele znajomych i tak się zaczęło...

Pani Zofia przez dwa lata pracowała w Diorze, następnie do 1975 roku była zatrudniona w prezydium Powiatowej Rady, w wydziale organizacyjno-prawnym. Do jej obowiązków należało m.in. przygotowywanie materiałów na sesje i prezydia, powiadomienie radnych i zaproszonych gości, opracowanie dokumentów. Po likwidacji powiatów przeszła do Urzędu Miasta, a następnie do Urzędu Skarbowego, w którym pracowała do emerytury w 2003 roku.

Pan Józef również pracował w prezydium Powiatowej Rady, początkowo jako zaopatrzeniowiec, potem kasjer, następnie w komisji planowania, a potem na stanowisku kierownika wydziału budżetowo-gospodarczego. Przy znoszeniu powiatów miał funkcję likwidatora, czego nie wspomina zbyt dobrze.

- Wartość sprzętów opiewała na milion złotych, tymczasem odchodzący ludzie, np. kierownicy działów (większość osób znalazła wówczas zatrudnienie w Urzędzie Wojewódzkim w Wałbrzychu) po prostu wynosili swoje rzeczy – meble, dywany, firanki, urządzenia biurowe, bez spisywania protokołów. Państwowe oznaczało niczyje… Doszło do tego, że ja stałem w jednych drzwiach, żona w drugich… To był horror...

Po likwidacji powiatów pracował jako inspektor ds. budowlanych w Zbiorczej Szkole Gminnej przy ul. Ząbkowickiej w Dzierżoniowie, którą przekształcono na Gminny Zespół Ekonomiczno-Administracyjny Szkół, który także musiał likwidować po zmianie przepisów. Ostatnie lata kariery zawodowej przepracował w Urzędzie Gminy Dzierżoniów jako kierownik wydziału oświaty i wychowania.

Jesienią tego roku małżeństwo będzie obchodzić 50-lecie pożycia. Doczekali się dwóch synów, i co ciekawie, cała rodzina mieszka w bloku nr 10, tyle że w różnych klatkach. W 2006 roku pani Zofia i pan Józef zamienili się na mieszkanie z synem – odstąpili mu swoje dwupokojowe mieszkanie, a sami zamieszkali w jego kawalerce na trzecim piętrze, skąd rozciąga się widok na panoramę Gór Sowich.

- Bardzo lubię swoje mieszkanie, jest przytulne, to moja ostoja, uspokajam się w nim. Jestem domatorką, ale nigdy nie nudzę się w swoim domu. W wolnym czasie czytam książki, rozwiązuję krzyżówki – wyznaje pani Zofia, która nie daje się wyciągać mężowi na ryby. A wędkowanie jest prawdziwą pasją pana Józefa. Oddaje się jej w każdej wolnej chwili, najczęściej w Sieniawce. Ceni sobie bliskość przyrody, śpiew ptaków, a ryby… nie są najważniejsze.

APK

<< strona główna    06.03.2018, godz.13:52    odsłony(105)
Dodaj do:   
WSPOMNIENIA Spółdzielców


 
czas generowania: 0,0052 s