Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
Kawalerska zakąska, pies Bary i powodzie
W dwupokojowym mieszkaniu (metraż 41 m2) na os. Błękitnym 18 Bożena i Zdzisław Sobczakowie mieszkają od lipca 1979 roku.

- Dostaliśmy je z ruchu ludności. Wcześniej zamieszkiwał je kierownik bazy remontowej spółdzielni, nieżyjący już pan Ślężak, który wyprowadził się na os. Jasne. Zastaliśmy je w całkiem niezłym stanie, do tego w łazience były nieosiągalne wówczas kafelki, poprzedni właściciel miał możliwości – opowiada pan Zdzisław.

- Byłam zachwycona, kiedy dostaliśmy to mieszkanie. Nie widziałam absolutnie żadnych mankamentów. Po latach życia kątem u teściów i rodziców mieliśmy coś swojego. To było niezwykle ważne. Mieszkając u teściów przy ul. Żeromskiego, kilka razy przeżywaliśmy powódź. Kiedy szła fala na rzece Piławie, w ciągu kilkunastu minut woda przy domu była po szyję. Czekaliśmy na mieszkanie półtora roku – wspomina pani Bożena.

- Te mieszkania projektowała kobieta. Dziwne, bo kuchnie są maleńkie, niektóre ślepe – żartuje pan Zdzisław. - Niczego przez lata nie przebudowywaliśmy, zależało nam natomiast na nowoczesnych meblach i ładnym wystroju.

Pan Zdzisław chodził do przedszkola diorowskiego przy ul. Parkowej. Z tego okresu zachowało się pamiątkowe zdjęcie – kilkuletni pan Zdzisław w stroju góralskim, obok niego (na etacie modela) pies Bary. Pan Zdzisław pamięta, jak na terenie dzisiejszego os. Błękitnego były oczka wodne i więzienie. Jego rodzice przyjechali do Dzierżoniowa zaraz po wojnie – mama z Krakowskiego, zatrudniła się jako maszynistka w Diorze, ojciec – z Wielkopolski, podjął pracę w młynie. Mieszkali w nieistniejącej już dziś poniemieckiej kamienicy przy ul. Pięknej, tuż przy murach obronnych. Wieczorem zapalano stojące przy Pięknej naftowe latarnie, rano gaszono. Ich sąsiadem był znany w mieście parasolkarz, który miał jeden z pierwszych w mieście prywatnych zakładów przy ul. Ząbkowickiej.

Po ukończeniu Radiobudy pan Zdzisław zdobył zawód tokarza, w którym pracuje do dziś. Zatrudnił się w Techmatransie, następnie przeniósł się do Diory, a w 1995 roku, po upadku zakładu podjął pracę w nowej narzędziowni koło sądu, następnie, kiedy zakład kupił Amerykanin polskiego pochodzenia, pracował dla Unisonu.

- Ze starej diorowskiej gwardii zostało nas ośmiu. Do emerytury brakuje mi półtora roku. Pamiętam, gdy w Diorze uruchamialiśmy video albo wieże i trzeba było wykonać płyty czołowe, to nie wychodziło się z zakładu. Pracowałem po kilkanaście godzin dziennie, zarabiałem trzy krajowe pensje. Dzięki temu, że w pewne wakacje, w lipcu i sierpniu pracowałem po szesnaście godzin, udało się kupić mieszkanie, jedynie 10 procent jego wartości pochodziło z zakładowej kasy zapomogowo-pożyczkowej – mówi pan Zdzisław.

Pani Bożena urodziła się w Bielawie, jej rodzice przyjechali tam, by podjąć pracę w Bielbawie. Po zakończeniu edukacji zaczęła pracę w zawodzie prządki, także w Bielbawie. Kiedy zamieszkała w Dzierżoniowie, przeniosła się do Silesiany.

- Praca była ciężka, w systemie zmianowym, cały czas na stojąco. Na koniec, po upadku zakładu, szyłam torebki w zakładzie kaletniczym na os. Różanym. Nie było tam wentylacji, unosił się wszechobecny smród butaprenu i farbowanej skóry.

Małżeństwo poznało się w nieistniejącej już dzierżoniowskiej kawiarni Zodiak. Pani Bożena przyjechała tam z Bielawy na lampkę wina z koleżanką, gdy do lokalu weszło trzech chłopaków. Wszystkie stoliki były zajęte, więc mężczyźni próbowali się przysiąść, a one się zgodziły.

- Od razu zwróciłam uwagę na chłopaka z długimi włosami, w czarnym kapeluszu i jasnym płaszczu. Koleżanka mnie szturchnęła szepcząc „ty, ale fajne chłopaki weszli”. Zamówili oranżadę, nawiązała się rozmowa, a kiedy wychodziliśmy, jeden z kolegów rzucił: „nie żegnamy się, może kiedyś się spotkamy”, a mój mąż na to: „a ja nie, a ja się właśnie umówię” - pani Bożenka do dziś ma błysk w oku na to wspomnienie.

- W Zodiaku brało się wrocławskiego Fulla i jako kawalerską zakąskę – pokrojony w plasterki żółty ser, bo był najtańszy. Państwo zmuszało wówczas do zagryzania poprzez obowiązującą ustawę antyalkoholową, nie można było kupić samego alkoholu – śmieje się pan Zdzisław.

Małżeństwo doczekało się dwojga dzieci – córki i syna, który od wielu lat mieszka w Wielkiej Brytanii. W wolnym czasie pan Zdzisław wyskakuje na ryby, a pani Bożena rozwiązuje krzyżówki. Jeżdżą także na wycieczki po okolicy.

APK

 

 

 

 

<< strona główna    09.05.2017, godz.08:54    odsłony(850)
Dodaj do:   
WSPOMNIENIA Spółdzielców


 
czas generowania: 0,0053 s