Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
Nie przesadzaj, wieczorem woda była
 

Małżeństwo Urszula i Waldemar Skwarkowie od 13 maja 1969 roku mieszkają w bloku nr 19 na os. Błękitnym.

Ojciec pana Waldemara przyjechał w czasie wojny do Bielawy z Zawiercia, na roboty do firmy Dieriga. W 1940 roku dołączyła do niego żona z kilkumiesięcznym synem.

- Miałem pięć lat, gdy skończyła się wojna. Pamiętam miasto w czasie wojny. Nikt nie traktował nas źle, wręcz przeciwnie. Pracowała tu też moja babcia, łącznie przyjechało piętnaście rodzin z Zawiercia. Po wojnie Niemcy jeszcze zostali, chodziłem z ich dziećmi do szkoły. Bardzo bali się Rosjan – wspomina pan Waldemar. Ukończył Technikum Włókiennicze w Bielawie, po szkole pracował przez trzy lata w Bielbawie na tokarni, wzięto go do wojska. Po odbyciu służby jako zapalony kierowca zatrudnił się w Łączności, w tamtych latach bardzo prężnie rozwijającej się państwowej firmie.

- Podlegaliśmy pod Wrocław i Wałbrzych, gdzie była nasza baza. Obsługiwaliśmy Pocztę, Telekomunikację i Ruch. Do dyspozycji mieliśmy skody i „renówki”, którymi woziliśmy pocztę, telefony i gazety. Zaczynałem pracę o 1.00 w nocy, kiedy jechaliśmy po gazety do Kamieńca Ząbkowickiego, przywożone tam przez pociąg relacji Warszawa – Praga. Następnie zwykle do południa kolportowaliśmy je do kiosków. Ruch się bardzo rozwijał, tworzono kluby w wiejskich świetlicach. Zaopatrywaliśmy je w radia, telewizory, stoły i krzesła. Popołudniami jeździliśmy po tych klubach z dyrektorem Ruchu w ramach kontroli lub udziału w spotkaniach kulturalnych – wspomina przyznając, że za takie nadgodziny płacono mu grosze.

Nie ma jednak tego złego… Dzięki dyspozycyjności względem szefów poznał przyszłą żonę. Pani Urszula pracowała w przychodni lekarskiej przy ul. Krasickiego jako pomoc lekarza okulisty i rejestratorka, i wpadła mu w oko, kiedy raz po raz przyjeżdżał odebrać receptę dla ciągle niedomagającego dyrektora Ruchu. Urocza blondynka nie tylko zgodziła się pójść na kawę, ale także na wspólne tournée po klubach Ruchu w ramach zacieśniania ich relacji.

Pani Urszula pochodzi z Byczyny w opolskim. Po przyjeździe do Dzierżoniowa wraz z rodziną zamieszkali w budynku przy ul. Pięknej, rodzina jednak postanowiła kupić dom w Rościszowie.

- Zapłaciliśmy za dom wszystkie oszczędności, przeprowadziliśmy się tam, ale wkrótce wyszło na jaw, że mężczyzna, który nam go sprzedał, wcale nie był jego właścicielem. Przeżyliśmy szok. Tak oszukiwali po wojnie. Świstek zwany umową był nic niewarty, a ten człowiek uciekł do Warszawy. Gmina Pieszyce, będąc prawnym właścicielem, dokwaterowała nam siedem rodzin o nieciekawym prowadzeniu się. Mama wyprowadziła się do siostry do Dzierżoniowa, a my wraz z mężem zamieszkaliśmy przy ul. Dubois w Dzierżoniowie.

Mieszkanie było jednak ciasne, a na świecie był już ich syn. Zapisali się w poczet członków spółdzielni, założyli książeczkę mieszkaniową i po kilku latach otrzymali przydział na mieszkanie. Lokal na trzecim piętrze wylosowała im… siostrzenica, bo akuratnie byli na wczasach w Pobierowie.

- Szczerze mówiąc, nie za bardzo lubię swoje mieszkanie. Nie odpowiada mi jego układ. Do małej kuchni przechodzi się przez duży pokój, to uciążliwe. Teraz za późno, by się przeprowadzać. Pamiętam też, że latami doskwierał nam brak wody – wyznaje pani Urszula.

- Nie przesadzaj, przecież wieczorami była – prostuje pojednawczo pan Waldemar.

- Chyba nocami! – oburza się początkowo pani Ula, ale za chwilę już się z tego śmieją.

Pani Urszula pomimo problemów zdrowotnych ma niezwykły, promienny uśmiech i zaraźliwy śmiech. Podczas rozmowy małżeństwo ciągle się śmieje jedno przez drugie, widać, że są ze sobą wiele lat. Ich dom pełen jest wszechobecnych, kolorowych  drobiazgów, które nadają temu miejscu nierzeczywisty charakter. Pod moim krzesłem wyleguje się pies, czuję też na sobie wzrok siedzącego na meblach kota, a z parapetu swoje trzy grosze dorzuca rozśpiewany kanarek. Całości dopełnia przypominająca o upływie  czasu zegarowa kukułka. Mieszkają sami, syn Arkadiusz wraz z rodziną od lat żyje w Dąbrowie Górniczej. Czas wypełniają im codzienne obowiązki – gotowanie, zajmowanie się zwierzętami oraz spacery.

Pan Waldemar na pytanie, czy lubił swoją pracę, odpowiada z błyskiem w oku „no pewno”. Jazda samochodem była jego pasją, myślał nawet o wykorzystaniu jej w rajdach samochodowych. Kiedy odszedł na emeryturę, nie mógł znaleźć sobie miejsca. Niedawno zatrudnił się jako kolporter w „Tygodniku Dzierżoniowskim”. Dwa razy w miesiącu w piątek rozdaje mieszkańcom darmowe gazety...

APK

<< strona główna    09.05.2017, godz.08:39    odsłony(608)
Dodaj do:   
WSPOMNIENIA Spółdzielców


 
czas generowania: 0,0052 s