Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
Tolerancja do czterech mikronów
Czesław i Krystyna Wiśniewscy na os. Błękitnym 16 mieszkają od 21 lat. Szczególnie cenią sobie ciszę i bliskość parku.

Pan Czesław pochodzi z Głubczyc na Górnym Śląsku. Kilka lat po wojnie ojciec kupił dom w Mościsku, na Dolny Śląsk sprowadzili się w 1957 r.

- Jako osiemnastolatek poszedłem do wojska. Spędziłem w nim ponad dwa lata, początkowo w Nysie, potem przeniesiono mnie do Ząbkowic. Tam poznałem swoją przyszłą żonę. Szedłem ulicą i zobaczyłem dziewczynę stojącą przy domu położonym na górce. Zdecydowałem się do niej zagadać: „Idziemy na czereśnie. Wiesz, gdzie tu rosną?”. I tak już przeżyliśmy 47 lat… - zamyśla się pan Czesław.

Zaraz po wojsku, w 1969 roku, zdecydowali się na ślub. Początki były trudne. Przez pewien czas małżeństwo mieszkało osobno, pani Krystyna w Ząbkowicach, jej mąż w Mościsku u rodziców. Potem dojeżdżał z Ząbkowic do pracy do Dzierżoniowa, pociąg odjeżdżał kilka minut po czwartej. Pracował na wydziale W-6 w Diorze, na produkcji wojskowej, wówczas objętej ścisłą tajemnicą państwową.

- Byłem szlifierzem precyzyjnym, z „tolerancją do czterech mikronów”. Pani włosa dzieliłem na cztery części. Cała sztuka polegała na dokładnym ustawieniu maszyny. Czasem zdarzało się kilkanaście operacji na jednym detalu, każdy wymiar inny – szerokość, głębokość. Miałem system pracy zadaniowy, nieraz w cztery godziny wykonałem dniówkę i szedłem na spacer, inny razem nie szło mi zupełnie. Jeden detal mogłem zepsuć, ale za następny bym już płacił. Pracowałem na drogiej, japońskiej stali. Produkowaliśmy radiostacje dla Związku Radzieckiego, na każdym wyrobie było napisane „sdiełano w CCCP” - śmieje się w głos pan Czesław. - Gdybym zwiał do Ameryki jak moi koledzy, na przykład Jurek Maliszewski, byłbym tam jak oni cenionym specjalistą wysokiej klasy. Ale nie mogłem wyjechać, mieliśmy już wtedy dwoje dzieci.

Radości nie było końca, gdy dostali wreszcie mieszkanie przy ul. Botwina, dzisiejszej Nowowiejskiej, choć było to zaledwie dwadzieścia metrów kwadratowych na poddaszu. Mieli już syna, spodziewali się drugiego dziecka.

- Zaprosiłem do siebie pana Bednarczyka, przewodniczącego rady zakładowej w Diorze, żeby zobaczył, jak mieszkam. Miał dwa metry, musiał się schylać w naszej „norze”. Uciekł, nawet nie wypiwszy kawy. Ale wkrótce przydzielono mi dwa pokoje z kuchnią przy ul. Okrzei, naprzeciwko pogotowia. Bednarczyk się wstawił argumentując, że „mam precyzyjną robotę i muszę mieszkać spokojnie”. Wpłaciłem kaucję i jeszcze tego samego dnia się przeprowadziliśmy. Trochę dokuczliwe bywało tam palenie w piecach węglowych.

Na mieszkanie spółdzielcze czekali osiemnaście lat. Zależało im na trzech pokojach, mieli już wówczas trzech synów.

- Ciągle mówiono nam, że ludzie mieszkają w gorszych warunkach, teściowa, rodzice i dzieci w jednym pokoju – wspomina pani Krystyna. W 1987 r. dostali czteropokojowe mieszkanie na „nowym Różanym”, w bloku nr 27. Pan Czesław sprzedał samochód, by zapłacić wkład mieszkaniowy i spłacić rosnące wówczas w szybkim tempie kredyty.

Dwadzieścia jeden lat temu jednak znowu zdecydowali się na zamianę. Dzieci wyrosły, wyprowadziły się z domu, zostali we dwoje. Mieszkanie na os. Różanym było przestronne, ale znajdowało się tuż nad przejazdem pod blokiem.

- Na początek zaczęła odchodzić ściana – nie była zespawana i zrobiła się dziura wielkości pięści, podłoga się odsunęła, popękała tapeta. Kiedy przysłali fachowca, musiałem mu wytłumaczyć, co trzeba zrobić - na budowlance się znam, bo kończyłem szkołę budowlaną. Po latach miałem dość tego mieszkania – w nocy budził mnie każdy przejeżdżający pod budynkiem samochód.

Zamieszkali na os. Błękitnym 16. Choć to stare budownictwo spółdzielcze, cenią sobie wszechobecną ciszę i pobliski park.

Pani Krystyna praktycznie przez całe życie zawodowe pracowała w Delanie jako szwaczka. Potem w 1991 roku zakład rozwiązano z przyczyn ekonomicznych, po pewnym czasie życia na zasiłku zatrudniła się w prywatnym zakładzie kaletniczym.

- Wtedy zaczęłam chorować. Skóropodobne materiały śmierdziały butaprenem, a ja to codziennie wdychałam – wspomina.

Od trzech lat pani Krystyna ma między innymi kłopoty z błędnikiem, co może powodować zawroty głowy, kłopoty z równowagą.

- Czasem idę z mężem pod rękę, zachwieję się i napotykam dziwny wzrok przechodnia. Ludzie myślą, że może jestem pijana, nie rozumieją tej choroby. Dobrze, że mogę liczyć na prawdziwe wsparcie i pomoc męża, który robi zakupy, sprząta i gotuje. Bez niego nie dałabym rady – mówi smutno.

Małżeństwo doczekało się trojga wnuków i prawnuka. Są ich prawdziwym szczęściem, mogą opowiadać o nich godzinami. A pan Czesław należy do jednego procenta dorosłych, którzy po przestawieniu mebli w mieszkaniu, bez troski o ewentualne straty, grają z wnukiem w piłkę...

APK

<< strona główna    27.02.2017, godz.15:24    odsłony(1887)
Dodaj do:   
WSPOMNIENIA Spółdzielców


 
czas generowania: 0,0048 s