Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
Przeprowadzka była rajem

- Przeprowadzka na os. Błękitne to był raj, własne cztery kąty, dzieci miały swój pokój – zgodnie przyznaje małżeństwo Elżbieta i Stanisław Kupis. Od czterdziestu dwóch lat mieszkają w bloku na os. Błękitnym 5.

Pan Stanisław pochodzi z Łódzkiego. Jego ojciec Antoni, ze względu na głodowe zarobki u żydowskich handlarzy butami zmuszony był w 1937 roku wyemigrować do Francji, gdzie pracował w gospodarstwach w Lotaryngii. W 1940 roku, na mocy układu gen. Sikorskiego z rządem francuskim, Antoni Kupis zgłosił się do 2 Dywizji Strzelców Pieszych. 15-tysięczna dywizja wchodziła w skład 45 francuskiego korpusu, jednak po zaciekłych walkach, bez możliwości przebicia, zmuszona była skierować się do Szwajcarii, gdzie żołnierze byli internowani.

- Po wojnie polscy kaperownicy, jak określał ich mój ojciec, namawiali go, by nie wracał do Francji, lecz jechał do Polski, gdzie na ziemiach odzyskanych leży odłogiem ziemia, czekają majątki, wszystko za darmo. Ojciec dał się przekonać, oczy otworzyły mu się dopiero na polskiej granicy, kiedy podczas rewizji kazano mu zostawić cały dobytek – po kilkuletnim pobycie we Francji miał garnitury, zegarki, pieniądze. Zabrali mu wszystko argumentując, że muszą sprawdzić przywiezione z Zachodu (od wroga) rzeczy. Kiedy wrócił do rodzinnego Lututowa, co tydzień musiał się meldować na milicji. Nieustannie pytano go, kto go wysłał do Francji i dla kogo teraz pracuje. Nie mógł wytrzymać tej presji i zdecydował o wyjeździe na Dolny Śląsk – wspomina pan Stanisław. Początkowo przyjechał sam, podjął pracę w późniejszej Silesianie, przyznano mu mieszkanie służbowe przy ul. Popławskiego (dzisiejsza Grota Roweckiego). Wkrótce potem dołączyła do niego żona z dwójką dzieci.

                              

Rodzina pani Elżbiety przyjechała do Dzierżoniowa w latach 50. z Kielecczyzny. W pierwszych latach mieszkali w nieistniejącej już kamienicy przy ul. Świdnickiej (stała w miejscu dzisiejszej fontanny).

- Mieliśmy dwa pokoje, na kuchnię został przystosowany przedpokój. Dobrze się żyło, choć ze względu na słabe ciśnienie wody chodziliśmy po nią do studni w Rynku. Ale było wesoło, gwar, dużo dzieci. Dopiero później, kiedy kamienica ze względu na stan techniczny kwalifikowała się do wyburzenia, przeprowadziliśmy się na os. Kolorowe – opowiada pani Ela.

Małżeństwo poznało się na weselu u wspólnej koleżanki, pobrali w 1969 roku. Pięć lat czekali na własne M, mieszkając u rodziców pani Elżbiety na os. Kolorowym. Urodziło im się dwóch synów, było trochę ciasno, na 53 m2 mieszkało osiem osób.

- Tak się wtedy mieszkało, takie były czasy. Byliśmy zapisani w spółdzielni, mieliśmy wkład mieszkaniowy, ale trzeba było czekać – mówi pan Stanisław. Kiedy w kwietniu 1974 r. w wyniku ruchu ludności dostali własne cztery kąty (poprzedni lokatorzy wyprowadzili się do większego mieszkania) nie posiadali się z radości. Dziś ze śmiechem wspominają meblowanie mieszkania.

- Segment, który mamy do dzisiaj, kupiliśmy jeszcze przed przeprowadzką na os. Błękitne dzięki temu, że sąsiadka pracująca w meblowym dała nam cynk, że następnego dnia szykuje się nowa dostawa. Na wszystko wtedy były zapisy i kolejka. Kupiliśmy meble, jednak nie mieliśmy ich gdzie dać i czekały w magazynie. W końcu znajoma ostrzegła, że trzeba je zabierać, bo ludzie chodzą i się dopytują, co to za meble i co tam robią. Dywan załatwił nam znajomy ze sklepu przy ul. Świdnickiej, a lodówkę zdobyliśmy dzięki znajomemu kolegi - ze zwrotów ze sklepu w Poznaniu.

Państwo Kupisowie pamiętają jeszcze baraki na os. Błękitnym i budujące się bloki bliżej ul. Piastowskiej. Przez lata mieszkanie im służyło, niewielki metraż, ale nie narzekali. Trzydzieści lat temu pan Stanisław dobudował ścianę dzielącą duży przedpokój od dużego pokoju, a trzy lata temu wyburzył ścianę w kuchni, by stworzyć wspólną przestrzeń z dużym pokojem, wpuścić więcej światła.

- Jestem bardzo zadowolona z tego rozwiązania. Niektórzy sąsiedzi zachowali ścianę, wybijając tylko jej fragment i tworząc łukowe okna. Mąż to złota rączka, wszelkie remonty przeprowadza sam – chwali małżonka pani Ela.

Pani Elżbieta całe swoje życie zawodowe złączyła z Silesianą, gdzie pracowała jako magazynier. Pan Stanisław – z Dezamem, gdzie przechodził różne szczeble kariery – był kontrolerem jakości, mistrzem wydziału produkcyjnego, zastępcą kierownika, szefem kontroli technicznej. Sporo jeździł służbowo po Polsce, firma miała rozległe kontakty. Oboje od dawna na emeryturze, swój czas poświęcają rodzinie, regularnie też jeżdżą na działkę. Pani Ela chwali sobie dodatkowo spotkania z koleżankami na kawie. Mają dwóch synów – Sławomira i Artura, jeden jest menadżerem w banku, drugi dekoratorem wnętrz.

AP

<< strona główna    04.02.2017, godz.11:38    odsłony(975)
Dodaj do:   
WSPOMNIENIA Spółdzielców


 
czas generowania: 0,0053 s