Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
Dziewczynka z zadartym nosem
Pomimo przeciwności losu Anna Malec zachowała promienne, dziewczęce spojrzenie. W bloku na os. Błękitnym 12 mieszka od blisko pięćdziesięciu lat.

Na jednej ze ścian dwupokojowego przytulnego mieszkania wisi nakreślony jakby naprędce portret dziewczynki z zadartym noskiem. Ale charakterystyczna kreska nie pozostawia wątpliwości. Jego autorem jest Tadeusz Kulisiewicz, grafik i rysownik, profesor warszawskiej Akademii Sztuk Plastycznych, który pewnego lata uwiecznił kilkuletnią panią Annę. Jak wiele znanych osób lato spędzał położonym w Gorcach Szlembarku, gdzie wracał przez całe życie, poświęcił tej wsi cykl drzeworytów. W Szlembarku żyła także i pokoje wynajmowała rodzina pani Anny. Przyjeżdżał premier Józef Cyrankiewicz, minister oświaty Wacław Tułodziecki, aktor Leonard Pietraszak i wiceminister oświaty Zofia Dembińska, która widząc ciężką pracę trzynaściorga dzieci zapytała o to ojca pani Anny. "Jak się nie podoba, to sami się bierzcie za robotę" – odparł prominentce hardy góral. Ale pani Zofia, wdowa, miała dobre serce i zaproponowała, że weźmie małą Hanię do Warszawy na wychowanie.

- Pewnego dnia podczas wakacji spytała: dziewczynko, chcielibyście jechać do Warszawy? A czemu nie? - odpowiedziałam. A nie będziecie płakać? Nie będę zapewniłam. I pojechałam, były lata 50. Pani Zofia była dla mnie bardzo dobra, opiekuńcza. Ale w Warszawie przepłakałam wiele nocy. Długo nie mogłam się tam odnaleźć.

To był inny świat: polonistka nie rozumiała napisanego gwarą wypracowania, kolega oberwał za poczęstowanie jej pomidorem (nie znała tego warzywa, myślała, że to czerwone ziemniaki, dodatkowo kolor czerwony był kojarzony z komuną), potem jako nastolatka w kawiarni Lajkonik razem z koleżanką przyglądała się z wypiekami na twarzy przesiadującym tam transwestytom, dopóki nie wylegitymowała ich milicjantka ds. młodzieży. Do domu wraca wykształcona: ukończyła technikum geologiczne, zrobiła dużą maturę.

W 1960 roku jadąc z Warszawy do Szlembarku odwiedziła mieszkającego w Dzierżoniowie brata (górali agitowano, by wyjeżdżali na zachód Polski) i nie wróciła już w Gorce na stałe. Zamieszkała z nim w baszcie Sadebecka w murach obronnych przy ul. Przedmieście i podjęła pracę w kawiarni Silesiany, gdzie poznała przyszłego męża. W 1961 roku wzięli ślub cywilny, a dopiero trzy lata później w Nowym Targu – kościelny.

- Hanuś, jak teraz nie weźmiesz ślubu kościelnego, to nawet się u nas nie pokazuj, powtarzali rodzice. Górale są bardzo wierzący. Dla nich to było niewyobrażalne. Nigdy też nie zapisałam się do partii – opowiada pani Anna.

Wraz z mężem kilka lat mieszkali w hotelu robotniczym Silesiany, tam urodziła się im córka. W 1967 roku zapisują się do spółdzielni mieszkaniowej. Wkrótce dzięki pożyczce, wkładowi z zakładu pracy i środkom własnym otrzymują przydział na dwupokojowe mieszkanie. Żeby nie dostać ślepej kuchni, zameldowali także ojca pani Anny.

- To była wielka radość. Nowe budownictow było wówczas najlepsze. Podglądaliśmy robotników, nawet przynosiliśmy im drobiazgi, żeby dobrze nasze mieszkanie wykończyli – śmieje się pani Anna. - Wylosowaliśmy lokal na pierwszym piętrze, zdecydowanie lepiej niż na czwartym, gdzie nie docierała woda. Wprowadziliśmy się pierwszego maja. Wszyscy byli na pochodzie, a my przenosiliśmy nasze rzeczy. Sąsiedzi bardzo sobie pomagali, wymieniali farbami, narzędziami. Nikt nic nie miał, wzajemnie się wspieraliśmy. Żyliśmy jak wielka wspólnota, ludzie znali się z Silesiany. Wokół były zalesione jeszcze wówczas tereny i straszne błoto... Później ku naszemu nieszczęściu przed oknami postawili nam wieżowce. Zasłoniły widok i zabrały intymność pewnego razu klient w banku spłytał mnie: a dlaczego dziś rano pani się nie gimnastykowała? A skąd pan wie? - zapytałam zdumiona. Bo mieszkam w wieżowcu naprzeciko odparł rozbawiony.

Anna Malec wiele lat, aż do emerytury, przepracowała w dzierżoniowskim oddziale Banku PKO jako zastępca głównego księgowego. Na początku, jak wspomina, praca była prymitywna, wszystko liczyło się na liczydłach.

Dziś w bloku mieszka już niewiele osób z tamtych lat. Ludzie się już nie znają, mijają się na klatce schodowej. To nieco zasmuca panią Annę, która lubi towarzystwo. Razem z koleżankami umawiają się na wspólne gotowanie, np. lepienie pierogów, zawsze jest przy tym dużo śmiechu. Wraz z grupą zapaleńców jeździła też rowerem po regionie, nawet do Czech albo biegała polną jeszcze wówczas drogą na Uciechów koło działek. Wciąż ciekawa życia, młoda duchem.

<< strona główna    08.08.2016, godz.16:19    odsłony(2930)
Dodaj do:   


 
czas generowania: 0,0069 s