Strona główna O nas Statut Historia Kontakt
 
 
GRH 58 pp w Warszawie - VII KATYŃSKI MARSZ CIENI

Strzał w potylicę, następny zamordowany… 32-letni porucznik rezerwy Józef Kominek… Charków, kwiecień 1940 roku…

„Drogi Tatuniu, Chodzę do szkoły, do I kl. Modlę się, Żebyś jaknaiprendzei wrócił. Całuie Cię mocno. Twój Zdzicho,
Drogi Tatuniu,

Ja też chodzę do szkoły do II kl. I też codziennie za Ciebie się modlę abyś był zdrów i prędko do nas wrócił. Mocno Cię całuję Twój kochający Wojtuś”

   

JÓZEF KOMINEK
Te słowa starego listu, w trakcie postoju kolumny marszowej przed kościołem Świętego Krzyża w Warszawie, przeczytali 13 kwietnia 2014 roku dwaj mali chłopcy. List pochodzący z 14 marca 1941 roku, adresowany był do porucznika Józefa Kominka z obozu w Starobielsku. Nie dotarł wówczas do ojca małego Zdzisia i nieco starszego Wojtusia z powodu... braku adresata! Zamordowany przez sowietów prawie rok wcześniej porucznik spoglądał wtedy już na swoich osieroconych synów z nieba. Po latach, skreślone dziecięcymi rączkami słowa zabrzmiały z niezwykłą mocą…

Kim był Józef Kominek? W jego krótkim biogramie zamieszczonym na stronie katyn-pamietam.pl przeczytać można między innymi, że: „urodził się 18.02.1908 roku w Stryju. Był jednym z czworga dzieci Apoloniusza Kominka i Karoliny z Hyczkiewiczów. Młodość spędził w Przemyślu, tam w 1928 roku ukończył seminarium nauczycielskie (…). Ożenił się z Jadwigą z/d Nowak, nauczycielką języka polskiego. Zamieszkali razem w Tomaszowie Mazowieckim, pracowali jako nauczyciele, mieli dwóch synów: Wojciecha i Zdzisława. Józef Kominek ukończył Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej w Warszawie w 1937 roku. Następnie rozpoczął organizowanie szkoły specjalnej w Tomaszowie Mazowieckim, w której pracował do wybuchu II wojny światowej.(…) Uczestnik kampanii wrześniowej, jeniec obozu w Starobielsku. Wywieziony z obozu 22.04.1940 r., rozstrzelany w Charkowie. W wykazie akt NKWD jeńców Starobielska jego nazwisko widnieje pod nr 1629.” Zwyczajne, dobre życie…

SŁOWA GENERAŁA…
Zanim jednak zabrzmiały słowa dziecięcego listu, a kolumna licząca ponad 120 umundurowanych uczestników VII Katyńskiego Marszu Cieni przemaszerowała na Krakowskie Przedmieście, wszystkim zebranym w pobliżu Muzeum Wojska Polskiego odczytano słowa już blisko 94-letni generała brygady Janusza Brochwicz-Lewińskiego, pseudonim „Gryf. Zachęcając do udziału w Marszu ten uczestnik kampanii wrześniowej, żołnierz legendarnego batalionu „Parasol”, dowódca słynnej obrony Pałacyku Michla, napisał między innymi:

„Niestety, moje nogi nie chcą mnie nosić jak wtedy, gdy pomogły mi zwiać z tamtego transportu. To był pamiętny wrzesień 1939, moje urodziny. Miałem nieproszonych gości na moich 19-tych urodzinach (J. Brochwicz-Lewiński urodził się 17 września 1920 roku – przyp. aut.). Podjęliśmy walkę, ale ich było mrowie, a nas zbyt mało. Niepewne rozkazy, albo ich brak... Miejscowi komuniści od pierwszych godzin tej wizyty wdziali swoje krasne opaski, wyciągnęli mnie z tłumu żołnierzy i już byłem w ciupie, razem z kilkunastoma oficerami i wyższymi urzędnikami. Jeszcze tego samego dnia NKWD-owska "trojka" wydała na nas wyrok śmierci: każdemu po równo. Część z nas zlikwidowali jeszcze tego wieczoru, mnie i kilku kolegów nie, do dziś nie wiem, dlaczego. To nas uratowało; załadowali nas do pociągu i pojechaliśmy na wschód. Wagon był popsuty, udało się nam uciec. Inne wagony, a było ich wiele w tym składzie pociągu, pojechały dalej. Poświęćcie czas, pójdźcie razem z tymi cieniami, pomyślcie o tym, że byliśmy młodzi, chciało się żyć! Oni wykonywali tylko nasz obowiązek, byli żołnierzami, wierzyli, że niewola, to jeszcze nie koniec... Bardzo się mylili. Bolszewicy, ta czerwona zaraza, zrobili swoje, a dziś nie widzą w tym nic nadzwyczajnego. Nieustępliwie bronią "honoru" morderców. Dlatego proszę Was, idźcie z nimi, z tymi cieniami, to byli dobrzy ludzie, wspaniali żołnierze, wielcy Polacy. Za to, jak kochali Polskę, należy im się nasza pamięć”.

NASZE INTENCJE
My z Dzierżoniowa na Katyński Marsz Cieni wybraliśmy się po raz pierwszy. Wyruszyliśmy we trzech, by po drodze, w Wieluniu, zabrać jeszcze dwóch naszych przyjaciół ze Stowarzyszenia Historycznego „Bataliony Obrony Narodowej”. Z Dzierżoniowa do Warszawy to nieco ponad 400 kilometrów. A przecież na miejscu czekała nas jeszcze droga niezwykła i zupełnie niezwykłe emocje. Po co tam pojechaliśmy? Przemek maszerował po ulicach Warszawy, by przypomnieć dwóch braci swojej prababci, zastrzelonych prawdopodobnie w Kalininie, a pogrzebanych w Miednoje - Karola i Andrzeja Sałatów. Sławek zapalał symboliczną lampkę w intencji gruzińskiego oficera kontraktowego w Wojsku Polskim, kapitana pilota Arkadiusza Szirtladze, a ja zapaliłem ją by uczcić zamordowanego w Charkowie przedostatniego dowódcę 58 pułku piechoty (4 psw), pułkownika Józefa Adama Peckę. To jasne, że naszym stukaniem w warszawski bruk chcieliśmy też przypomnieć wszystkich zamordowanych 74 lata temu przez krwawego, wschodniego sąsiada Rzeczypospolitej. Za nich też w myślach się modliliśmy.

Spod Muzeum Wojska Polskiego, przez Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Plac Zamkowy i Plac Krasińskich, aż pod Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Maszerowaliśmy...

J. Kresa
 

<< strona główna    05.05.2014, godz.17:43    odsłony(1603)
Dodaj do:   
SPÓŁDZIELCZY DOM KULTURY


 
czas generowania: 0,0052 s